10 lat pod żaglami

Jubileusz kaliskiego żeglarza

10 lat pod żaglamiPływał na Zawiszy Czarnym, Pogorii i Zjawie, której był kapitanem. Opłynął Europę, a w tym roku wybiera się do Australii. Jednak przede wszystkim interesuje go szkolenie adeptów. Założył nawet prywatną  szkołę żeglarską, jak twierdzi - jedyną taką placówkę w kraju, która wydaje własne podręczniki. Piotr Lewandowski z Kalisza, bo o nim mowa, w tym roku obchodzi jubileusz swojego 10-lecia pod żaglami.

W przeciwieństwie do Przemysława Mączkowskiego, o którym pisaliśmy przed trzema tygodniami, Lewandowski nie należy do typu żeglarza wyczynowca; nie kusi go Arktyka ani inne niedostępne akweny. Początki były jednak podobne, pierwsze rejsy szkoleniowe odbywał po zalewie w Szałem.

- Byłem wtedy uczniem pierwszej klasy technikum budowlanego. Działał tam klub żeglarski Bryza, dzięki któremu zdobyłem tytuł żeglarza. Potem zacząłem robić kurs sternika. Na Mazurach trafiliśmy na komercyjną firmę, która się tym zajmowała. Kurs trwał trzy tygodnie. Ale miałem zaledwie 18 lat. Uprawnienia instruktorskie  i prawo szkolenia żeglarzy zdobyłem dopiero po skończeniu szkoły średniej. W 2000 r. odbyłem kurs na sternika morskiego, a w 2001 r. zdobyłem uprawnienia kapitana - wspomina Lewandowski.

Choć w tamtym okresie szkolił już innych i pracował na Wybrzeżu w firmie, która organizowała rejsy, nie od razu zdecydował się na poświęcenie życia żeglarstwu. Po studiach na Politechnice Łódzkiej przez rok był pracownikiem  naukowo - dydaktycznym  dwóch łódzkich uczelni. Uczył technologii komputerowych i zakładania stron internetowych. Niezbyt go to satysfakcjonowało. Skromne wynagrodzenia w szkolnictwie  i pokusa związania się z morzem zadecydowały o tym, że przestał być nauczycielem akademickim. Dziś utrzymuje się ze szkoleń i ze sprzedaży podręczników żeglarstwa.

- Muszę powiedzieć, że zainteresowanie jest duże. Wiąże się to z kosztami, ale ludzie chcą pływać. Jest to frajda, a jachty są coraz łatwiejsze w obsłudze. Wynajmuję sprzęt i instruktorów. Mam swoją stronę internetową, pisuję do prasy branżowej. Współpracuję też z firmą czarterową. Terminy mam "pozaklepywane" już teraz. W sezonie zdarza się, że odbywam kilkanaście rejsów kilkunastoma  jachtami. Wiem już, że sezon rozpocznę 2 kwietnia kursem motorowodnym, a zakończę na początku listopada. Być może w tym roku pojadę do Australii. Przez miesiąc mam tam być kapitanem żaglowca. A zimę mam po to, żeby się zająć podręcznikami. Dorobiliśmy się już trzech publikacji, a podręczniki wydajemy również w wersji elektronicznej - mówi z satysfakcją.

Jednak nawet najbardziej doświadczony wilk morski dobrze pamięta swoje słabe chwile. Często zdarzają się one już wtedy, gdy stawia się swoje pierwsze kroki. Lewandowski dużo i chętnie mówi np. o chorobie morskiej.

- Po wyjściu w morze nikt nie chce wymiotować jako pierwszy. Takiego delikwenta nazywa się później "prezesem". Ale wiadomo, że ktoś tym pierwszym być musi. Mój pierwszy raz wydarzył się podczas pierwszego rejsu na Morze Północne. W nocy wychodziliśmy z Ustki i już wtedy wiało. No i najpierw trafiło się  mojemu koledze, a potem innym, po kolei. Ja się jeszcze trzymałem, ale następnego dnia po obiedzie zaczynała się moja wachta w kambuzie. Na podwieczorek załoga zażyczyła sobie kawę dla 12 osób. Pamiętam, że robiłem ją przez półtorej godziny. Podziałało na mnie kołysanie, ale też chyba zapach kawy. Co chwilę musiałem robić sobie przerwy, by wyjść na pokład, zwymiotować, a potem powdychać świeżego powietrza. Choroba morska nie raz daje mi o sobie znać jeszcze i teraz. Mam ją zawsze, gdy pływam na dużych żaglowcach. Gdy wychodzę w morze pierwszy raz w sezonie, też mam mdłości i tracę apetyt. Jest to naturalne. Admirał Piotr Kołodziejczyk, były minister obrony narodowej, z którym kiedyś pływałem, zwykł mawiać, że "rzyganie na morzu jest równie naturalne jak oddychanie". A jednym z największych rzygaczy  w historii był admirał Nelson. On miał nawet specjalnego adiutanta, który na okręcie  chodził za nim wszędzie z miską.

Jak sam mówi, "najbardziej po tyłku" dostał na Morzu Śródziemnym.

- Może dlatego, że pływaliśmy tam zwykle już po sezonie, przy gorszej pogodzie. Największy sztorm przeżyłem na przełomie  listopada i grudnia. Płynęliśmy na Pogorii. Kołodziejczyk był kapitanem, a ja trzecim oficerem. Mieliśmy na pokładzie wycieczkę ze Śląska. Przez pierwsze dwa dni we Włoszech z powodu sztormu w ogóle nie wypuszczali nas z portu. Trzeciego dnia prognoza nadal była niekorzystna, ale na parę godzin trochę się uspokoiło. Wyszliśmy. Pierwsi wymiotowali już w główkach portu, a zaraz potem morze rozbujało się do 12 stopni w skali Beauforta. Jednym z opiekunów był lekarz i to nam bardzo ułatwiło zadanie, bo mieliśmy przypadek złamania ręki. Chłopak spał, a była też dziewczyna, która ciągle mdlała i  w pewnym momencie spadła na śpiącego. Nie ucieszył się, bo właśnie tym upadkiem złamała mu rękę. Jej właściwie nic się nie stało, ale nadal mdlała i wymiotowała do wiadra.  Co gorsza, okazało się, że na ten  widok  wymiotuje także i lekarz, który był wtedy pierwszy raz na morzu.  Skończyło się to dopiero, gdy zawinęliśmy do Bastii na Korsyce - pierwszego portu, do którego udało nam się dotrzeć.

Mając za sobą rejsy po Morzu Śródziemnym, Adriatyku, Atlantyku, Kanale La Manche i Morzu Północnym, Lewandowski może porównywać te akweny do Bałtyku.

- Bałtyk jest trudny nawigacyjnie, bo panuje  na nim duży ruch statków i trzeba bardzo uważać. W dodatku fala jest krótka i płynie się jak po "kocich łbach". Na Morzu Śródziemnym i Północnym fale mogą być wyższe, ale są przy tym łagodniejsze. Jednak Bałtyk ma też plusy. Przy dobrym wietrze do Szwecji płynie się niecałą dobę, a gdy złapie się sztorm w plecy, to na  Łotwie można być w 16 godzin. Poza tym można łatwo zwiedzić wiele fajnych miejsc. Ja zapamiętałem dwie kilkusetmetrowe wyspy koło Bornholmu, najmniejsze spośród zamieszkałych. Dawno temu Duńczycy  wybudowali tam fortece. Szwedzi nawet nie próbowali ich zdobywać. Do dziś pozostało tam coś z dawnych wieków. Wyspy są połączone mostem, mieszkają tam artyści, a słodka woda pochodzi z deszczówki i odsalarek, bo nie ma źródeł ani studni.

Lewandowski snuje już plany sięgające  poza najbliższy sezon.  Zamierza oczywiście nadal pływać i rozwijać działalność szkoleniową, którą firmuje szyldem swojej firmy, Morka (odmiana morskiego wiatru). Na pytanie, czy kiedyś na morzu przeżył już chwilę największego zagrożenia, odpowiada wymijająco: - Jeśli kiedyś przy wychodzeniu w morze przestanę się bać, to przestanę wychodzić w morze...