Kolumbowie z Kalisza

Kolumbowie z KaliszaKiedyś polski statek podczas ćwiczeń wojskowych wylądował kilkadziesiąt metrów za daleko od  rzeczywistego celu, a dokładnie na Bornholmie. Kiedy na brzegu duńskiej wyspy pojawili się polscy żołnierze w pełnym rynsztunku, omal nie rozpętała się III wojna światowa. Podczas długiego, majowego weekendu sześcioosobowa kaliska grupa postanowiła opłynąć wyspę Bornholm. Powodów do zbrojeń nie dała, ale i los nie oszczędził im niebezpiecznych przygód...

Na wypożyczony jacht carter 30 o nazwie "Alabaster" wsiadło sześcioro kaliszan: Piotr Banaś, Aneta Sitkiewicz, Przemysław Banaś, Agata Klimaszewska, Artur Andrzejczak i kapitan Piotr Lewandowski. Początkowo Bałtyk wydawał się być życzliwy dla naszych morskich wilków. Chociaż powierzchnia wody była gładka jak tafla lustra, część załogi zmagała się z efektami choroby morskiej. Jeszcze przy sprzyjającej aurze dotarli do pierwszego portu - Nexo. Na wyspie załoga ćwiczyła manewry z zakresu ratownictwa. Wszyscy mieli jednak nadzieję (zwłaszcza dwie osoby, które na morzu były po raz pierwszy), że nie będą musieli wykorzystywać tych umiejętności w praktyce. Opuścili Nexo, gdy wiał lekki wiatr, pozwalający płynąć na żaglach. Nagle cisza. Po godzinie zerwał się wiatr i pojawiły się wysokie fale. Godzinną walkę z żywiołem zakończyło szczęśliwe dotarcie do celu - portu Christianso, jak mówią uczestnicy wyprawy, miasteczka żywcem wyjętego ze średniowiecza.

- Wszystko jest tam utrzymane w średniowiecznym  klimacie, nawet kosz na śmieci nie rzuca się w oczy. Jedyne świadectwa nowoczesności to kutry w porcie i latarnia morska. Droga jest opłata portowa, ale co się dziwić mieszkańcom miasta, którzy wodę do picia mają z deszczówki - mówi Piotr Lewandowski, kapitan.

Po powtórce ze średniowiecznej historii załoga wyruszyła w kierunku portu Hammerhavnen. Tym razem żagle trzeba było już wymienić na sztormowe. Siła wiatru dochodziła do 7 stopni w 12-stopniowej skali Beauforta. Fale, targające niewielkim jachtem, dochodziły do 3 metrów wysokości. Rozpoczęła się niebezpieczna wędrówka do domu.

JACHCIK KONTRA TANKOWIEC

- Prędkość w połączeniu z dwumetrową falą powodowała, że rzucało nami na wszystkie strony, a przechył dochodził do 35 stopni - przypomina sobie kapitan.

Pod wieczór załodze "Alabastra" ukazał się na horyzoncie polski brzeg. Nie przewidywali, że w ojczystym porcie los przyniesie im poważne kłopoty, których efektem mogła być nawet utrata życia. Kanał Piastowski ma 300 m szerokości. Nie wolno w nim stawiać żagli. Można się poruszać jedynie na silnikach. Nagle jacht odmówił posłuszeństwa. Stanął silnik. Zamiast do przodu, pod naporem wiatru stateczek zaczął uciekać do tyłu! Brakło benzyny.

- Wiatr wiejący w przeciwną stronę pchał nas do tyłu. Za nami płynął olbrzymi tankowiec. Chwila nieuwagi i mógł nas staranować. Nie wiedzieliśmy, co zrobić, by wyjśc z tego cało. Przy odrobinie szczęścia delikatnie wycofaliśmy się z wiatrem mijając tankowiec z boku. Tym razem nikomu nic się nie stało - opowiada Piotr Lewandowski.

ROZBITKOWIE

Wyruszając w ten rejs, załoga była przygotowana nawet na najgorsze.

- Mieliśmy tratwę ratunkową, wodę w puszkach i jedzenie. W razie nieszczęscia przeżylibyśmy w ten sposób 48 godzin, może dłużej - wyjaśnił kapitan wyprawy.

Ale mimo wysokiej fali i silnych, niepomyślnych wiatrów, nie trzeba było korzystać z tratwy. Na wszelki wypadek członkowie załogi byli zawsze do czegoś przypięci, by nie wypaść za burtę. Kłopotów nie zabrakło nawet w kuchni podczas przygotowywania jedzenia dla wygłodniałych i wymęczonych przez żywioł podróżników.

- Kuchenka znajdowała się na przegubie, dzięki czemu mogła utrzymać poziom. Tym razem, chociaż było niewesoło, klopsiki nie uciekały z garnka, więc nie trzeba było go przywiązywać do kuchenki - dodaje kapitan.

Podczas innych wypraw oprócz garnka trzeba było przywiązywać również pokrywkę, by jedzenie nie wylądowało na podłodze.

Z kilkudniowej wyprawy Piotr Lewandowski jest zadowolony. Jak twierdzi, nie straszne mu ani silne wiatry, ani wysoka fala. On po prostu to lubi i nie wyobraża sobie lepszego wypoczynku niż pod pełnymi wiatru żaglami.

- Na jachcie przeżyjemy i zobaczymy takie rzeczy, których nie zobaczylibyśmy podczas wycieczki autokarowej. Po dłuższym czasie na wodzie człowiek, widząc ląd, czuje się jak zdobywca - jak Kolumb, który kiedyś zobaczył Amerykę - mówi.


                                    Aleksandra Pietrzak