Życie na jachcie
Kiedy już wypłyniemy na pełne morze, nasze życie ulega istotnym zmianom. Zwykle wyobrażamy sobie dwie skrajne sytuacje. Żagle albo kojarzymy z nieokrzesanymi manierami półdzikich piratów w łachmanach, albo widzimy obraz ekskluzywnych wycieczek z marynarzami w białych rękawiczkach.
- Jachty użytkowane niegdyś przez kluby żeglarskie miały więcej wspólnego z pierwszym wizerunkiem - przyznaje Piotr Lewandowski, kapitan jachtowy i instruktor żeglarstwa. - Od szkutnika oczekiwano, żeby najtańszym kosztem upchnąć pod pokładem najwięcej ludzi. Nic dziwnego, że wachty deptały sobie po brzuchach schodząc z górnych koi.
Jachty klubowe, czyli niczyje, pachniały wewnątrz stęchlizną i przeciekały, nierzadko od góry i dołu. Dzisiaj wszystko się zmieniło. Kajuty są dwuosobowe, wyposażone w łazienki, ale wachty zostały. Bo życie na jachcie dzieli się na wachty.
W dużym uproszczeniu podział zajęć wygląda następująco:
- kapitan pełni wachtę całodobową i odpowiada za wszystko,
- pierwszy oficer, najbardziej doświadczony żeglarz, przygotowuje mapy i wypełnia dziennik, w którym co godzinę wpisuje się to wszystko, co dzieje się z jachtem, a więc kurs, prędkość, postawione żagle, warunki meteo.
- drugi oficer to zaopatrzeniowiec, który odpowiada za magazyn z żywnością, wodą, uzupełnia zapasy.
- trzeci oficer zwyczajowo był mechanikiem. Teraz jednak na jachtach silniki są praktycznie bezobsługowe, więc rola trzeciego sprowadza się do spraw ogólnoporządkowych.
Tak schematycznie wyglądają zajęcia dla podstawowego członu załogi. Resztę dzieli się na wachty, gdzie powinien być przynajmniej nawigator, sternik i obserwator. Wachty zwykle trwają 4 godziny, po których następuje 8 godzin odpoczynku.
- Załoga śpi, wypoczywa, nabiera sił przed kolejną wachtą - tłumaczy Piotr Lewandowski. Poza tym jest sporo innych zajęć. Rejs to przygoda, za którą zwykle tęskni się po powrocie do domu.
Rozmawiał Krzysztof Ścisły

